...co sobie możemy przetłumaczyć jako "tu się pracuje", albo, w bogatej tradycji poezji polskiej Nowej Fali: „tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź malutki, bo cię opluję!”
W początkach roku 1888, ciężko
pracujący Juliusz Verne popadł w niewyjaśniony, egzystencjalny niepokój, wyskoczył więc na
łykend do londyńskiego salonu Mme Bławatskiej żeby się odprężyć. Niewiasta ta słynna była
podówczas jako pierwsze medium społecznościowe, zaś wstąpienie w jej
gościnne progi było nieco bardziej kłopotliwym odpowiednikiem dzisiejszego
zajrzenia na Facebooka. Wieczorem, po sutym posiłku,
gospoża Bławatska, jak to miała we zwyczaju, usiadła na Otomanie po czym, mimo
stanowczych protestów pana Otomana, przymknęła oczy by się pogrążyć w
profetycznym transie. Po zakończeniu transu wyjawiła, iż za lat dwadzieścia i
trzy, Henryk Sienkiewicz, écrivain polonais, opublikuje dzieło pod
tytułem "W pustyni i w puszczy". Wyjaśniła następnie, że będą tam
młodzi ludzie o niejasnych źródłach dochodów, przemierzający lasy tropikalne
by odkrywać uroki trudnej sztuki przetrwania, podstawy afrykańskiej filozofii
własności oraz zdrowotne zalety ginu z tonikiem. Po czym na chwilę zapadła w
drzemkę by obudzić się z jedną jeszcze rewelacją, taką mianowicie,
że ów Sienkiewicz zdobędzie nagrodę Nobla. (Tu wtrącimy nie całkiem à propos, że połączenie sutych posiłków i drzemek Mme Bławatskiej niestety zaszkodziło i trzy lata po opisanych wyżej wydarzeniach zapadła na grypę, by dnia 8 maja, roku wiktoriańskiego 1891, przenieść się na drugą stronę medialnych seansów. Wniosek? Tysiąc kroków po kolacji! 😇)
Zestresowany bardziej jeszcze niż przed wyjazdem Juliusz wrócil do Paryża, usiadł przy biureczku i czym prędzej, nie dojadając i nie dosypiając (zawsze wszak dopijając, sans doute, bo to przecież porządny Francuz był) napisał i opublikował powieść przygodową "Dwa lata wakacji". Chciał w ten sposób Polaka podstępnie wyprzedzić i wyprorokowanego Nobla wydrzeć razem z piórem. A trzeba czytelnikom wiedzieć, że uzyskanie jakiejś większej nagrody było dla Juliusza punktem honoru i źródłem prywatnej obsesji, od kiedy Emil Zola skrytykował jego twórczość jako une littérature trop populaire pour être honnête, znaczy się, "zbyt popową", i w konsekwencji, zaszczytu członkowstwa w Akademii Francuskiej i tytułu „nieśmiertelnego” pozbawił.
W powieści Verne, młodzi
bohaterowie o niejasnych źródłach dochodów, zdani wyłącznie na siebie i
pozbawieni jakże pomocnego marudzenia dziad(k)ów, odkrywają uroki sztuki przetrwania w
tropikalnych okolicznościach przyrody. Starał się Juliusz, wychodził z siebie,
mało biureczka nie roztrzaskał, a przecież mimo powierzchownych podobieństw obu
tekstów Sienkiewicz wygrał w cuglach i Nobla w dziedzinie literatury
zasłużenie zagarnął. Bo i co to mogło być za współzawodnictwo, skoro w
"Dwóch latach wakacji" nawet słoń nie występuje więc o podstawowej
analizie w konwencji "słoń a sprawa polska" krytyk musi zapomnieć.
Taki słoń swój rozmiar ma, jest to fakt wybitnie naukowy, dziwne więc, że gospoża
Bławatska zwierza nie dostrzegła. Być może, czucie i wiara więcej mówiły do niej, niż
mędrca szkiełko i oko, a może ktoś jej słonia zwyczajnie zafortepianił.Wszystko to sprawiło, iż Verne popadł w przygnębienie a jego powieści zgubiły gdzieś optymistyczny obraz przyszłości dominujący w dziełach wcześniejszych. I tylko zawistni krytycy powiadają, że jego radosna futurystyka tak naprawdę skończyła się wraz ze śmiercią wieloletniego wydawcy i zarazem bliskiego przyjaciela pisarza, Pierre'a-Julesa Hetzela, który bezwzględnie cenzurował w manuskryptach najmniejsze ślady ponuractwa i niepokoju. Nie da się ukryć, że pośród wielu książek wydanych przez Juliusza po roku 1888, jedyną godną polecenia jest "Zamek w Karpatach" z 1892, bez wątpienia zainspirowany zdemonizowaną postacią Henryka Sienkiewicza i słabą znajomością geografii Europy Środkowej... (Który to "Zamek w Karpatach" sam był tzw. "inspiracją" dla Briana Stokera, gdy ów 5 lat później pisał swego "Drakulę")
W tym samym roku 1892 spod niewydartego pióra Sienkiewicza wyszedł literacki
Przypadek? Nie sądzę...
Trochę czasu od tych wydarzeń minęło. Dziś bohaterowie Juliusza Verne'a, w nieco późniejszych stadiach swojej dojrzałości, nie mają wyjścia i pracują (ale poza szlachcicami z "Zamku", szlachta, jak wiadomo, nie pracuje), wakacje robią sobie od blogowania, a przetrwać próbują w gorących klimatach Mordoksięgi. Po co przeginać, skoro kto ma Nobla dostać, ten i tak dostanie.
Jak widać na ekranie (no, trochę widać...) trwają jeszcze intensywne prace remontowe, ale już za dzień, za dwa, za noc, za trzy - lecz nie dziś! - nastąpi pełna reaktywacja matryksa.
Przypadkowym czytelnikom, którzy znaleźli się tu tajemniczym zrządzeniem algorytmów i nie bardzo wiedzą w czym rzecz cała, wyjaśnię, że jak mawiała Mme Bławatska: всё дело в шляпе, a przy okazji zaproszę do zlinkowanego wyżej blogowego archiwum, gdzie przechowuję wpisy drugiej świeżości, a jeszcze bardziej do - też zlinkowanego - "Portalu opinii", gdzie kokoszą się moje antyczne teksty z pradawnych Blogów Newsweeka.
Tymczasem pozdrawiam wiosennie i - uwaga na kapelusze (czyli шляпы) bo
MEN AT WORK!


Calikiem przypadkowo oraz od niechcenia kliknąłem w link na fejsie i patrzę, oczom nie wierząc. Świetne i że też Ci się chciało...
OdpowiedzUsuń