piątek, 16 sierpnia 2019

Jan W Pozycji Historyka.

(Oryginalnie był to nadmiernie rozrośnięty, wyedytowany i mocno przycięty komentarz do fejsbookowego postu na portalu "Historia-kontrowersje. Tu w całości...)

Chyba się powstrzymam od lajkowania niedawnego tłita profesora Hartmana, bo myślę, że jest w nim twierdzenie, powiedzmy, nie do końca przemyślane, ale że sama sprawa jest, swoją drogą, całkiem ciekawa...


Nie wiem, skąd akurat data 1920, ale w nieco późniejszym wywiadzie dla SuperExpressu, zaraz po zastrzeżeniu "proszę nie stawiać mnie w pozycji historyka ale", był Profesor uprzejmy wyjaśnić, iż ma na myśli wyprawę na Kijów, i że przedtem to były drobne potyczki służące wytyczaniu granic, a dopiero ten Kijów... Nie do końca rozumiem sens zastrzeżenia. Prof. Hartman daje do zrozumienia, żeby nie traktować go poważnie, bo mówi o czymś, o czym nie ma pojęcia, i chce tylko nieco schłodzić język podczas upałów? Przeca przy takiej ilości chłodzenia chyba mu zamarznie...
Podział wojny polsko-bolszewickiej na "potyczki służące wytyczeniu granic" i "prawdziwą wojnę z ryzykownym i zaczepnym rajdem Piłsudskiego na Kijów" jest nie tylko zupełnie sztuczny, ale przy okazji demonstruje zaskakująco potężne (i, jak dla mnie, cokolwiek żenujące) lekceważenie Ukraińców, którzy przecież w wyprawie kijowskiej mieli swój istotny udział. Owszem, kilka tysięcy żołnierzy ukraińskich stanowiło stosunkowo niewielki procent sił sojuszniczych, ale zarazem to było bodaj 80% zdolnego do walki stanu ówczesnej armii ukraińskiej! Skwitowanie skomplikowanej sprawy niepodległości Ukrainy stwierdzeniem, że Piłsudski "chciał meblować Rosję, tworzyć nowe państwa na jej terytoriach" jest w tym kontekście poniżej wszelkiej krytyki...






Uznanie niepodległości Ukrainy było jednym z najważniejszych postulatów Piłsudskiego podczas rozmów w Mikaszewiczach, a wyprawa kijowska była konsekwencją tej samej strategii. Wypełniona rozmowami przerwa w działaniach wojennych w drugiej połowie 1919 była  spowodowana oczekiwaniem Piłsudskiego na zakończenie walk Armii Czerwonej z siłami Denikina. Wyprawa kijowska tylko w przemówieniu Lenina była powodem późniejszej ofensywy Armii Czerwone. W rzeczywistości Rosjanie zgrupowali wojska na pozycjach do natarcia już znacznie wcześniej, a zajęcie Kijowa przez Polaków i Ukraińców tylko przyspieszyło początek kampanii. Z punktu widzenia nauk historycznych, zerwanie ciągłości wydarzeń poprzez oddzielenie wyprawy kijowskiej od wcześniejszego rozwoju działań wojennych i negocjacji po prostu nie ma żadnego sensu - choć medialnie jest to bardzo efektowne.

Nadal chyba trwa dyskusja historyczna, w której część badaczy jako pierwsze starcie wojny polsko-bolszewickiej określa bitwę pod Mostami, 14 lutego 1919, kiedy jednostki Wojska Polskiego powstrzymały oddziały Armii Czerwonej posuwające się na zachód w ramach przejmowania od wycofujących się Niemców tzw. Ober-Ostu, a inna część badaczy wybiera wcześniejszą datę, czyli zajęcie Wilna przez Armię Czerwoną, 4-5 stycznia 1919.
Tak czy siak, w obu wypadkach stroną aktywną są przesuwające się na zachód oddziały bolszewickie, to nie jest "rajd na wschód".

Drugi problem jest bardziej skomplikowany i dotyczy metody faktów dokonanych, stosowanej zarówno przez Piłsudskiego, jak i przez Lenina (jak i przez praktycznie wszystkich przywódców tego okresu, którzy mieli choćby najmniejszą możliwość jej stosowania). Mamy do czynienia  z dwoma de facto nowymi organizmami państwowymi. Na arenie międzynarodowej, pod zaborami, od czasów Księstwa Warszawskiego, Polska pozbawiona była państwowej reprezentacji. Z drugiej strony, porewolucyjny, rządzony przez bolszewików ZSRR dopiero starał się taką reprezentację stworzyć (m.in. poprzez separatystyczny pokój z Niemcami). Oba kraje miały do wyboru albo stosować metodę faktów dokonanych, albo zdać się na łaskę mocarstw europejskich, dyskutujących granice ponad ich głowami. Realnie, ZSRR na taką łaskę nie miał co liczyć, a również realną skuteczność bajecznej jakoby elokwencji Dmowskiego czy Paderewskiego proponuję umieścić na należnym jej miejcu, między Sierotką Marysią a Królewną Śnieżką.
Profesor Hartman pisze o "rajdach na wschód", twierdząc iż "trza było siedzieć w domu". Jednak kiedy mówimy o walkach o Wilno w 1919, czy zajęciu Kijowa w rok później to powinniśmy pamiętać, że wileńskie oddziały samoobrony broniące Wilna w styczniu 1919 złożone były z Polaków jak najbardziej "siedzących w domu", a oddziały ukraińskie w 1920 miały zamiar w domu posiedzieć. Co więcej, musimy określić alternatywę dla takich operacji. Nie byłą nią przecież uznanie niepodległości Litwy i Białorusi - rządy Taryby został faktycznie rozbite przez komunistów, którzy w końcu lutego 1919 proklamowali "Litewsko-Białoruską Republikę Radziecką". Realną alternatywą było w tej sytuacji uznanie formalnych praw rządu bolszewików do obszarów dawnego zaboru rosyjskiego.
Taki postulat też jest bardzo nośny medialnie, ale z punktu widzenia metodologii nauk historycznych po prostu nie daje się obronić.
Tak mi się, w każdym razie, wydaje. ;)

_______________
*Mam takie wredne podejrzenie, że Pan Profesor chlapnął tweeta metodą "na Trumpa", czyli najpierw piszemy, potem sprawdzamy. Po sprawdzeniu stwierdził, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się wcześniej niż myślał i te początki strasznie są zagmatwane, więc w wywiadzie dla SE skupił się na krytyce wyprawy kijowskiej. Ale to tylko wredne podejrzenie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz